Polska wersjaEnglish version
Dwa dni - dwa raryty
07.07.2006 12:38:38 | odsłon: 7004
Skwar zalewający czoło, a niektórym nawet mózg, nie dopuszcza myśli, że w tych trudnych warunkach może w polskim świecie ptaków pojawić się raryt dla którego będę gotów pokonać prawie tysiąc kilometrów. Hmm, a jednak. Mało tego, okazuje się, że mogą to być nawet dwie wielkie rzadkości i więcej niż tysiąc kilometrów dzień po dniu! Ale po kolei…

Jeszcze w czerwcu.
Pelikan kędzierzawy Pelecanus crispus

Tradycyjnie wszystko zaczęło się w internecie. Informacja o dorosłym pelikanie kędzierzawym obserwowanym przez miejscowych ptasiarzy 26 czerwca br. na stawach w Górkach w dolinie Nidy nieomal sparaliżowała twitcherów. W końcu znanych było do tej pory zaledwie parę polskich stwierdzeń tego gatunku. A przy tym stabilna pogoda i wielkość ptaszyska niesłusznie sugerująca, jak się później wielokrotnie okazywało, jego pozorną ociężałość i skrajne lenistwo, począwszy od momentu pojawienia się informacji o pelikanie nie pozwoliła mi już tego dnia na normalną zaplanowaną pracę.

Po godzinie bezsensownej walki z wyrzutami sumienia wobec codziennych obowiązków byłem już w drodze. Na całe szczęście poskramiam nieco sumienie odwiedzając jednego z Klientów EkoSerwisu. I tylko przez chwilę wydaje mi się, że takie „tłiczerskie” obłąkanie może dotyczyć wyłącznie mnie, ale zaraz potem dzwoni pocieszający telefon, w którym słyszę rezolutny głos Sławka Dąbrowskiego oznajmiający o jego wyprawie w nierozłącznym towarzystwie Janka Fussa z identycznym celem pływającym na stawach w Górkach (…)

33 stopnie C i kilka godzin podróży z popsutą klimatyzacja pozwoliły mi utożsamić się z ludźmi podróżującymi w temperaturze otoczenia i przypomnieć studenckie czasy.

Ze skończoną determinacją prowadziliśmy wspólnie i w porozumieniu poszukiwania ptaka do późnego wieczora przemierzając niemałe stawy wzdłuż i wszerz, prowadząc liczne pelikanie dysputy między sobą i z rybakami o leniwej jak pogoda naturze, snując wszelkie domysły. Na próżno, bo tylko latający nad stawami ostrygojad – rzadki gość śródlądzia Polski – pojawił się na chwilę chyba na otarcie łez jak grochy. Nazajutrz okazało się, że w bezkresnym internecie zabrakło tej najistotniejszej dla nas zapaleńców informacji, o tym, że ptaszysko po porannej toalecie odleciało ze stawów w kierunku północnym i nasza wyprawa od razu skazana była na porażkę.

Sterniczka jamajska Oxyura jamaicensis.

Ta piękna ruda kaczuszka z białymi policzkami, błękitnym dziobem i wybitnie egzotycznej nazwie jeszcze przed chwilą była uznawana na naszych ziemiach za ptaka o statusie uciekiniera z niewoli. Już w tym roku po ogólnoeuropejskich rozważaniach dotyczących historii występowania tego gatunku sterniczka jamajska trafiła na listę ptaków Polski. I nie oznacza to oczywiście, że jedną decyzją wszystkie sterniczki jamajskie będące na wolności stały się ptakami, które urodziły się na wolności. Ale nie nam rozstrzygać te kwestie.

Taki atlasowy, bo dorosły, pięknie wybarwiony samiec sterniczki jamajskiej raczył się pojawić 30. czerwca br. na stawach w Walewicach pod Łodzią. Kaczorek przebywa niespełna 100 km od Warszawy, ale wcześniej zaplanowany rodzinny wyjazd na kiepski jak się później okazało II Festiwal Piosenki Frywolnej w Czarnej Białostockiej nie pozwala na bezzwłoczne podjęcie ptasiarskiego wyzwania.

Już w lipcu.

Dzień pierwszy: sterniczka jamajska

Sterniczka okazała się łaskawsza od podkieleckiego pelikana, bo wczesnoporanny poniedziałkowy (3. lipca br.) wspólnie z Pawłem Gębskim wyjazd na stawy w Walewicach przyniósł mi ten właśnie 313. gatunek na mojej polskiej liście Klubu 300. Przy tym męcząca świadomość o wczorajszym doniesieniu o obserwacji pelikana kędzierzawego w nowym już, acz bardzo odległym miejscu – na dolnośląskich Stawach Przemkowskich tłumiła radość z obserwowanej sterniczki.

Kaczka przebywała w stadzie głowienek, czernic i łysek utrzymując z reguły parusetmetrowy dystans. Próby fotografowania kaczki na karpiowym karmowisku z ukrycia spaliły na panewce. Mimo świetnej współpracy miejscowych rybaków ptak tuż przed rozstawieniem w wodzie namiotu zniknął spłoszony przez dzikich plażowiczów. Po paru godzinach dalszych poszukiwań wspólnie z Michałem Skąpskim specjalnie przybyłym z Poznania udało się odnaleźć kaczkę na największym stawie, spokojnie wypoczywającą z dala od brzegu.

Dzień drugi: pelikan kędzierzawy.

Moja praca ma dużą zaletę. Liczne podróże służbowe często współgrają z niekontrolowanymi pojawami rzadkości. Tak jak i tym razem. Następnego dnia (4. lipca) po wizycie w sterniczkowych Walewicach wybraliśmy się na przemkowskiego pelikana. Moje osobiste pelikanowe emocje tym razem były nieco mniejsze po niedawnej porażce w Górkach. I pewnie dlatego obserwacje tego wielkiego ptaka na Stawach Przemkowskich przyjąłem spokojniej. A przecież jeszcze w trakcie kilkugodzinnej podróży byliśmy bombardowani mrożącymi palącą krew w żyłach informacjami o każdym ruchu tego ptaka obserwowanego przez kilkanaście osób z całej Polski. Siedzi…, odleciał…, przyleciał…, uciekł…, wrócił…. Już teraz mieliśmy absolutną świadomość, że ptaszysko uwielbia latać i nie utrzyma swojego pozornie ciężkiego tyłka dłużej niż godzinę w jednym miejscu, na jednym stawie, a przecież gonitwa po polskich drogach jest niewskazana.


Spieszący się Darek Szlama w podróży służbowej też zdążył na pelikana.

Uff! Jesteśmy! Artur Bujanowicz z Wrocławia czeka na nas przy bramie do stawów i rezerwatu krzycząc z daleka, że pelikan aktualnie siedzi w pierzowiskowym stadzie łabędzi. Rozstawiamy sprzęt optyczny i… jest! Bydlak rączo pływa pomiędzy znacznie mniejszymi od niego łabędziami, ale z daleka też jest całkiem biały i w odległości około kilometra od nas przez lornetkę prawie nierozpoznawalny. Wielki, workowaty, pomarańczowy dziób ciężko spływający po piersi, potężne złożone skrzydła, sylwetka wysokiej łodzi. OK! Mój 314. gatunek. Paweł Gębski wylicza już 313. swoich. Od dłuższego czasu idziemy łeb w łeb, a nasza współpraca w EkoSerwisie nie wskazuje na powstanie raptownych dysproporcji w czołówce Klubu 300 Polska.

Pelikana kędzierzawego oglądaliśmy tego dnia do wieczora w kilku miejscach i okolicznościach niemalże bezkresnych Stawów Przemkowskich. Ptak był zawsze bardzo ruchliwy i płochliwy utrzymując bezpieczny dystans co najmniej 100-300 metrów od obserwatorów.


W tenże wieczór przyszedł czas na małe uświęcenie dwóch dni i dwóch wielkich rzadkości. Wymarzonym do tego miejscem okazała się Amazonka – ranczo właściciela Stawów Przemkowskich z prawdziwie swojskim jadłem i świeżym, zimnym piwem, które po wielogodzinnych zmaganiach z upałem przywróciło nas do życia.

Mateusz Matysiak