Polska wersjaEnglish version
Pliszka cytrynowa, czyli Podlasie kontra Mazowsze
20.06.2007 13:03:23 | odsłon: 9856

„Dawniej”, czyli w zeszłym roku...
...żeby pewnikiem sfotografować pliszkę cytrynową musiałem znaleźć się na dość odległej, północnopodlaskiej Siemianówce, choć bliżej bywały one na bagnach biebrzańskich, tyle, że tam, mając pecha, można było złazić nogi i... wrócić z kwitkiem.

Moje pierwsze fotograficzne spotkania z cytrynką miały miejsce podczas białowieskiego PPPikniku – wiosna 2006, którego epilog odbył się na siemianówkowych, baaardzo cytrynkowych bagniskach. Bezsprzecznie najtwardszy podlaski terenowiec, czyli „Dziku”, a w zasadzie „Niedźwiedź” (Sławek Niedźwiecki z Hajnówki, a może z Białegostoku, któż to wie skąd:)), przetrzymując mnie (w woderach) i siebie (rzecz jasna w samych trampkach) kilka godzin w zimnej wodzie po pas pokazał kilka par lęgowych tych pięknych ptaszków! Zdziwienie moje było tym większe, że ten niezłomny i bystry ptaszkarz, w przeciągu paru kolejnych minut znalazł gniazdo skrytych cytrynek i jeszcze bardziej skrytego kszyka – bliskiego sąsiada cytrynek.

   
Ówczesne gniazda znajdowały się w bardzo niedostępnych, bagiennych zaroślach obrzeża Zbiornika Siemianówka. Wtedy też zaintrygowane ptaki z pokarmem fotografowałem bez żadnych problemów z kilku–kilkunastu metrów, bez żadnego ukrycia.
     
     
Tyle o moich dawnych;), prawdziwych pliszkach cytrynowych, ich prawdziwym siedlisku i prawdziwym ich znalazcy:)

A dosłownie dziś...
...w pięknym zaraniu tegorocznego lata, do najbliższej pliszki cytrynowej dojechaliśmy z Warszawy w kilkadziesiąt minut! Przez dwa kolejne dni i wieczory, wspólnie z luźnym (dlaczego „luźnym” – choć to dla wielu z Was całkiem oczywiste – o tym później) Czarlim (Cezary Pióro z Piaseczna) fotografowaliśmy niezupełnie dorosłego samca, który karmił dorastające pisklęta w gnieździe wśród nadbużańskich starorzeczy pod Wyszkowem. I wszystko byłoby i było OK, poza tym, że gniazdo znajdowało się, choć blisko zakola, jednak w suchym gąszczu traw, na twardym łąkowym klepisku, a nasz cytrynowy bohater opiekował się pisklakami wespół z... samcem pliszki żółtej! Co za luzak. W dobie piętnowania okołowarszawskiego pedalstwa takie praktyki? A gdzie jego samica? Jednak, z relacji znalazców nadbużańskiej cytrynki wynika, że samiczka owszem była tam jeszcze parenaście dni temu. Zatem cóż się stało? W jaki sposób nagle cytrynowy samczyk zmienił upodobania? Czyżby uznał wyższość żółtych panów? A może jako zaradny tatuś nie był w stanie odmówić chętnemu do karmienia gniazdowej czeredki, po tragicznej utracie cytrynowej samicy?

     
     
     
     
     
Z pełnymi „kompaktfleszami” i sporym zamieszaniem w głowach wracaliśmy do Warszawy.
Teraz zżera mnie ciekawość, która zasypuje pytaniami bez odpowiedzi: jakie będą pisklęta z tego gniazda, jeżeli nie pochodzą z właściwego związku, bo kto wie co na prawdę wydarzyło się nad Bugiem? Dlaczego gniazdo umieszczone było w takim, suchym, jednak charakterystycznym dla pliszek żółtych, nie cytrynowych, miejscu?
Jedno jest pewne: jeden z pierwszych mazowieckich lęgów pliszki cytrynowej stał się faktem.

A dlaczego mój ulubiony kompan Czarek bywa luźnym Czarlim? Długo by pisać;)
Wyobrażacie sobie wielokilometrową jazdę samochodem terenowym po ciężkim terenie, bez saperki, bez toporka, bez narzędzi do wyciągania samochodu z opresji, bez deski pod lewarek, choćby do wymiany koła...
„Pocytrynkowy” wieczór na tyle rozwinął moją wyobraźnię, że chyba siłą woli i tylko przy pomocy niezastąpionego Victorinox’a terenówka Czarka znów stanęła na swoich kołach, by parę dni później ruszyć na dubeltowo-wodniczkowe bagna...
...No i zatkało mnie zupełnie jak przed tą kolejną biebrzańską wyprawą otworzyłem Czarkowy bagażnik wypełniony po brzegi tradycyjnie już – sprzętem fotograficznym, a tym razem także... narzędziami do wyciągania nas z terenowych opresji:)

Serdecznie zapraszam do cytrynkowej galerii, która tym razem powstała dzięki dużej uprzejmości Bartka Duczmala. Ziomal "uratował mi życie" użyczając swojej ukochanej "dwudziestki" na czas naprawy mojego dotychczas niezawodnego Marka. Ale jak widać już zawodnego.

Mateusz Matysiak